Poznań miasto czego? cz. II

Drugi dzień w Poznaniu zaczął się kiepsko. Po pierwsze, obie z Szyszką obudziłyśmy się przeziębione (a więc klimatyzacja w busie działała na medal!). Pod drugie, światło dzienne ujrzał plan zajęć na bieżący rok akademicki i nosił on tytuł "Od teraz nie masz życia, studencka szmato". Plan ów porządnie zepsuł mi humor, ale jak się niedługo potem okazało, tymczasowo.




W nastrojach mocno średnich poczłapałyśmy z Wildy do centrum, a po drodze zajrzałyśmy na chwilę do Starego Browaru. Nie było to największe rozczarowanie wyjazdu tylko dlatego, że nie miałam wobec niego żadnych oczekiwań.  No, może poza darmową toaletą (#cebula #travelonabudget). Poważnie, jeśli kogoś kręcą klimaty industrialno - handlowe, to już lepiej pozwiedzać Alfę. Wygląda o wiele bardziej klimatycznie, przynajmniej z zewnątrz.





Humor poprawiła nam dopiero wizyta w Rogalowym Muzeum, do którego zachęcił nas wujek Google. Przeszłyśmy już całe stare miasto i miałyśmy zbyt mało czasu na Jeżyce, a za dużo, żeby zmarnować go na leżenie w parku (chociaż to była wyjątkowo kusząca opcja). Całym sercem jestem za muzeami, które zwiedza się aktywnie, a gdy dołoży się do tego motyw jedzenia... Zarówno moje wewnętrzne dziecko jak i mój wewnętrzny żarłok podskoczyli z radości na wieść o muzeum poświęconemu słodkim bułom.

Weszłyśmy do niego razem z wycieczką włoskiej młodzieży. Mieliśmy obserwować robienie rogali na żywo, więc usiadłam w pierwszym rzędzie z aparatem w gotowości. Kilka osób dostało fartuchy i pomagało prowadzącemu wydając z siebie włoskie pokrzykiwania. Było przesymapatycznie i zataczałam się ze śmiechu do momentu, aż prowadzący zaprosił mnie do nadziewania rogali.



Kojarzycie ten moment, kiedy siedzicie rozluźnieni (w końcu nie miałam fartucha), a ktoś wyciąga was na środek? To jest ta chwila, w której najbardziej żałuje się nałożenia bluzy dresowej i obiecuje sobie już zawsze ogarniać włosy przed wyjściem do ludzi.
To jest cena, jaką płaci się za zdobycie tytułu rogalowego czeladnika (serio, mam taki, nawet wisiał na lodówce przez 2 dni).

Obiad zjadłyśmy w Je susie, który okazał się jeszcze jaśniejszym punktem programu niż muzeum rogalowe. Wiecie, czym jest poezja na talerzu? Omletem z tofu z kurkami z chlebem na zakwasie, szczawiem, sałatą, aronią, jadalnymi kwiatkami, sezamem, pomidorami czerwonymi i zielonymi oraz małymi winogronkami. Miło mi w brzuchu na samo wspomnienie!




Obsługiwane przez usługę Blogger.