Poznań miasto czego? cz. I

Przed wycieczką do Poznania kojarzył mi się on z koziołkami, Lechem, Jeżycjadą i rogalami. Po wycieczce kojarzy mi się z kamienicami, podejrzanymi klatkami schodowymi, balkonami i rogalami. Tak to jest, kiedy zamiast zwiedzać Stary Browar (podobno must see. podobno) łazi się po Wildzie i zagląda w każdą dziurę. Mam w głowie listę polskich miast, do których chcę pojechać (czyli do wszystkich większych, w których jeszcze nie byłam) i Poznań zawsze plasował się na szczycie. Latem Nieśmigielska opublikowała przewodnik po swojej ulubionej poznańskiej dzielni, czyli Wildzie, a ja kilka tygodni później zapakowałam siebie, Szyszkę i aparat do Polskiego Busa, żeby zobaczyć to wszystko na własne oczy.


Przygodę z Wildą rozpoczęłyśmy od Biedronki (przeca żreć coś trzeba parafrazując Kazika). Nad sklepem wisi neon dawnego Kina Wilda.












Wildeckie klatki schodowe są niesłychanie interesujące. Trochę się czaiłam z fotografowaniem ich w środku, bo intensywny zapach uryny i krążące legendy* podnosiły mi poziom adrenaliny. Nigdy nie wiadomo, czy ten ktoś, kogo właśnie słyszę gdzieś na schodach, nie przyjdzie zapytać mnie o moje problemy.

* w sprawie tychże odsyłam do Nieśmigielskiej, gdzie wszystko jest ładnie wytłumaczone i zdementowane!








Szpital w budynku klasztoru, obok którego rośnie śmiercionośny kasztan zrzucający swoje bomby na głowy niewinnych turystów.








Jedyne ostre zdjęcie z Wildy, na którym jestem i oczywiście przybrałam pozę "ojoj, głowa mi spada z szyi, muszę trzymać". Nie dajcie się zwieść, tak naprawdę łapię się za głowę, bo mi się bardzo podoba Ogród Wilda.




Na koniec dnia poszłyśmy do Misy Lisa. Karmią wegańsko (widać przecież, że sama sałata, nie?), wspierają schronisko i mają bardzo przyjazny klimat. I te talerze <3
Obsługiwane przez usługę Blogger.