O tym jak nie rzuciliśmy wszystkiego, ale i tak pojechaliśmy w Bieszczady cz. II

Najwyższa pora na drugą część bieszczadzkich obrazków. Tym razem głównie Połonina Caryńska, czyli 100% Bieszczad w Bieszczadach lub też 100% Bieszczadów w Bieszczadach. Do wyboru do koloru, obie formy są poprawne. Specjalnie sprawdziłam, by raz na zawsze zapamiętać. Pytała o to w Poradni Językowej PWN pewna Katarzyna K. Od razu rozwieję wątpliwości, to nie ja. W roku 2002 bardziej od odmiany pasm górskich przez przypadki interesowały mnie karty z pokemonami i płatki Nesquik. Dobrze, że ten etap życia mam już za sobą!






Mniej więcej gdzieś tutaj wydarzyła się kilkuminutowa tragedia, aparat odmówił posłuszeństwa. Pomogło wyjęcie na chwilę akumulatorów, ale ja już zdążyłam wewnątrz zagotować się ze złości. Kiedyś podobna sytuacja zdarzyła mi się na wieży Eiffla, ale wtedy żadne prośby, groźby i sprawdzone triki nie pomogły. Mam swoją teorię, że aparat wyczuwa moment, kiedy jest szczególne potrzebny i nie wytrzymuje napięcia, starość nie radość.










Napisałabym "pozdro dla kumatych", ale nie lubię słowa kumaty. Pozdro dla bystrzaków?



Kremenaros, kultowy bar w Ustrzykach Górnych. Ostatniego wieczoru poszliśmy tam na piwo i trafiliśmy na koncert. "Czy to ten koleś w kapelusiku, którego słuchasz na jutubie?" TAK! Zupełnym przypadkiem trafiliśmy na koncert Pawła Czekalskiego. Znacie? Jeśli nie, to zapraszam tu, tu i tu. To moje ulubione piosenki, ostatnia jest o Bieszczadach, więc czytanie tego posta zobowiązuje do posłuchania!



Mieliśmy kupione bilety na Polskiego Busa i musieliśmy dotrzeć do Rzeszowa przed 11. Wstaliśmy przed 5, zdążyliśmy się spakować i nawet ugotowaliśmy ryż na śniadanie. Wszystko szło zgodnie z planem do momentu, aż zaczęliśmy łapać stopa i okazało się, że droga jest pusta. Po kilkudziesięciu minutach złapaliśmy stopa, który przybliżył nas do celu o jakieś 10 km. Szliśmy dalej aż do Sanu, gdzie Wojtek postanowił, że dalej nie idziemy, bo tu jest ładnie i można czekać. Zrobiłam poniższe zdjęcia i nie zdążyłam zdjąć plecaka, a już zatrzymał się samochód. Małżeństwo jadące do Warszawy podwiozło nas prawie pod sam dworzec w Rzeszowie. To się nazywa szczęście na ostatnią chwilę ;)




Obsługiwane przez usługę Blogger.