Autostopem ku nowej stolicy świata

Na okres wakacji PKP uruchomiło trasę Białystok - Waliły Stacja. W lipcu szynobus przejechał tędy pierwszy raz od 16 lat (w 2000 roku zlikwidowano to połączenie, bo było nieopłacalne).
Dla mnie i Wojtka dodatkową atrakcją był fakt, że pierwszy raz w życiu przejechaliśmy przez "nasze" tory - obydwoje mieszkamy blisko, a dotychczas mogliśmy tylko po nich chodzić, bo pociągi nie jeździły.

W szynobusie jechało prawie tyle rowerów, ilu pasażerów. Już wiecie, kto nie wziął dwóch kółek? Po dotarciu na miejsce rowerzyści szybko odjechali, a my zaczęliśmy się zastanawiać co dalej.
Jeśli wygooglujecie, co można zobaczyć w okolicach Walił, internet zaproponuje zabytkową leśniczówkę i... głaz narzutowy. Kamieni mieliśmy dosyć (vide Krynki), więc zaszliśmy do sklepu zapytać o drogę do leśniczówki. Sprzedawczyni bezradnie rozłożyła ręce, tutaj nic takiego nie ma. Jest za to budynek dyrekcji lasów państwowych. Zaraz obok, ale niestety w niedzielę mają zamknięte, bardzo pani przykro.

Pod sklepem dorwaliśmy ostatniego rowerzystę. O leśniczówce słyszał, ale co nam po leśniczówce, lepiej pojechać do legendarnego Wierszalina. Co prawda jest to 15 km stąd, drogą, po której nic nie jeździ. Zaryzykowaliśmy i po kilkudziesięciu minutach marszu przez las złapaliśmy stopa w okolice Studzianek, czyli prawie do celu.


No dobra, ale co właściwie jest w tym Wierszalinie?
Na początku XX w. w okolicy prężnie działał Eliasz Klimowicz zwany prorokiem Ilją. Zaczął od budowy cerkwi, ale I wojna światowa pokrzyżowała mu plany. Tuż po niej Eliasz błyskawicznie zebrał darowizny i ukończył świątynię, a w zamian za datki na budowę ofiarował (jak sam to nazywał) "leczenie Duchem Bożym". Ludność po wojennych przejściach gorliwie szukała wsparcia niebios, a sława Ilji zataczała coraz szersze kręgi. Do jego cerkwi przybywały liczne pielgrzymki, ludzie liczyli na cuda i podobno ich doznawali.


Jak każdy szanujący się prorok, Eliasz Klimowicz grzmiał o końcu świata. Ustalił nawet konkretną datę i zgromadził wiernych, ale apokalipsa nabiła go w butelkę i nie wydarzyło się nic szczególnego. Fałszywy alarm nadszarpnął wizerunek Ilji, od tego czasu zaczęła się jego zła passa. Był oskarżany o morderstwo i podżeganie do buntu. Właśnie wtedy samozwańczy prorok postanowił wybudować "nową stolicę świata" znaną dzisiaj jako kolonia Wierszalin.


Istnieją dwie hipotezy na temat dalszych losów proroka. Według jednej teorii okoliczni mieszkańcy chcieli poddać go "próbie na mesjasza" - ukrzyżować i sprawdzić, czy zmartwychwstanie. Przy drodze do wsi Ozierskie stoi krzyż, na którym podobno miał zawisnąć Ilja, ale dał nogę.
Druga wersja jest taka, że po wejściu Armii Czerwonej prorok został wywieziony na wschód, gdzie zmarł w więzieniu NKWD.

Więcej o Eliaszu Klimowiczu można przeczytać w książce "Wierszalin. Reportaż o końcu świata" prof. W. Pawluczuka.


Do dzisiaj zachowały się fundamenty cerkwi mającej powstać w nowej stolicy, obecnie pieczę nad nimi sprawuje Nadleśnictwo Krynki. W fundamenty wmurowano symbole różnych religii, są tabliczki z ich opisami.
Cała historia jest przepełniona mistycyzmem i (a może albo?) hochsztaplerstwem, ale nie oczekujcie za dużo. Bez znajomości kontekstu Wierszalin nie robi szczególnego wrażenia, trzeba użyć wyobraźni, żeby wczuć się w klimat.

Z Wierszalina złapaliśmy stopa do Gródka, gdzie zjedliśmy lody i (a jakże) spędziliśmy trochę czasu na placu zabaw. Nie śmiejcie się, wtedy jeszcze żadne z nas nie było magistrem!



Obsługiwane przez usługę Blogger.