O tym jak nie rzuciliśmy wszystkiego, ale i tak pojechaliśmy w Bieszczady cz.I

A było co rzucać! Uporaliśmy się jednak z czym było trzeba i pojechaliśmy w Bieszczady, a później NIESTETY wróciliśmy. Pytanie brzmi: po co? Im dłużej się zastanawiam, tym bardziej powrót do cywilizacji wydaje się bezsensowny.

Podróż była festiwalem pt. "Posmakuj każdego środka transportu". Dla porządku odnotuję:

- Białystok - Warszawa - pociąg (klasycznie i wygodnie, niektórzy ostatni raz ze zniżką ;)
- w Warszawie metro (a w głowie Taco i jego Następna stacja)
- Warszawa - Rzeszów - Polski Bus (za cztery złote też polskie, moja wewnętrzna cebula pęczniała z zadowolenia)
- Rzeszów - jakieś zadupie w Podkarpackim - autostop nr 1 (kierowca na każdym zakręcie ze szczegółami informował nas, kto w tym miejscu zginął, a trasa składała się niemal z samych zakrętów)
- jakieś zadupie w Podkarpackim - Ustrzyki Górne - autostop nr 2 (kierowca jechał na tyle brawurowo, że pamiętając opowieści poprzedniego chwilami miałam żołądek ściśnięty w kulkę)




Wszystkie powyższe widoczki zostały sfotografowane z naszego podwórka. Mieszkaliśmy w luksusowej stodole (murowania panie, nawet materace były!). Dla ścisłości - dziury w ścianach też były, więc spałam ubrana we wszystko, co miałam + polar Wojtka. Klimat surwiwalu przełamywały prysznice z ciepłą wodą zainstalowane w starym kurniku oraz altanka pełniąca rolę kuchni. W bonusie mieliśmy nocne koncerty na głosy jeleni (rykowisko!!), bo spaliśmy pod lasem. Natura była więc tuż obok i to dosłownie, jakiś czas temu pies gospodarza został zjedzony przez niedźwiedzia. Witamy w Bieszczadach!



Szef kuchni poleca: makaron typu chińskiego i sos pikantny typu salsa.




Schody na Tarnicę to zło, amen.















Stodoła 10/10!


Zapamiętajcie drogę po lewej! Wiedzie ona nie tylko na szlaki, ale również to kultowego Kremenarosa, gdzie TRZEBA pójść na piwo. Ostatniego dnia załapaliśmy się tam przypadkowo na koncert Pawła Czekalskiego, ale o tym w kolejnej części!

Po prawej zdjęcie kolacji przygotowanej potajemnie przez Wojtka. Mogłabym się nie chwalić, ale była za fajna, żeby nie wspomnieć. Otóż w pewien specjalny dzień Wojtek kazał mi siedzieć w stodole, a sam usmażył naleśniki ze szpinakiem. Taki chłopak to dopiero skarb!



Ciąg dalszy nastąpi ;)
Obsługiwane przez usługę Blogger.