Migawki sierpniowe

Przegląd sierpnia w obrazkach przybywa. Spóźniony, ale jest. Od października chcę mieć na drugie imię systematyczność, więc jest szansa na poprawę w przyszłości (już słyszę za plecami chóralne ta jassssne).


Wschód słońca nad dojlidzkimi stawami. Siedzieliśmy tam z Wojtkiem od 3 w nocy, co jakiś czas wymieniając się kurtką (zgadnijcie, kto nie wziął). Wschody > zachody, zawsze! I najlepszy patent, jeśli nie dasz rady odpowiednio wcześnie zwlec się z łóżka - nie śpij wcale. Aktualnie słońce wschodzi około 6, a poniższe zdjęcie zrobiłam przed 5. Dzień się skraca w tempie ekspresowym, zaraz zostanie mi tylko kakao, książki i suple witaminy D. Ble. I co ja wsadzę do migawek listopadowych, zdjęcie skarpetek?


Pewnego dnia wyciągnęłam Kamę stopem do Augustowa. Nie wiem po co. Kama nie wie po co. Augustów chyba też nie wie, po co można do niego przyjeżdżać, jeśli nie jest się fanem smażonej rybki, żagli i kiczu. Przepraszam wszystkich Augustowian, ale u szczytu sezonu wasze miasto jest koszmarkiem. Sytuację uratowało znalezienie namiotu z szyldem tania książka, gdzie nabyłam "Warzywa mało znane" za dwa złote polskie.  


Mam folder augustowski kicz, ale się nie podzielę, bo po pierwsze nie chcę, żeby was oczy bolały, a po drugie nie chcę temu miastu dokopać, po sezonie pewnie jest fajne. Więc only good vibes & jedna mała szydera poniżej.


Ten elektroniczny wianek szalonego naukowca to EPOC, który za pomocą elektrod odczytuje fale mózgowe i można na przykład przesunąć myślami tę kostkę na ekranie. Przednia zabawa sponsorowana przez koło naukowe, ale ile elektrod, tyle kołtunów. 



Ala znana już z twarzy z migawek lipcowych spędziła większość sierpnia w Instytucie Badawczym Leśnictwa w Białowieży. Tym samym, któremu szefowała modna ostatnio Simona Kossak. Wieść białowieska niesie, że była z niej uparta baba i kazała na przykład pomalować swego malucha pod kolor swetra. Zdjęcie samochodu poniżej, swetra dla porównania niestety brak.




Poświęćcie 7 minut i pięć sekund na obejrzenie tego. Nie ma nic wspólnego z Białowieżą, ale łączy się z powyższym zdjęciem. Jeśli to nie jest śmieszne, to ja nie wiem co jest. 




Opuszczona chata? Trzeba wleźć. W środku nudnawo, ktoś szabrował.




Bilans po grzybobraniu:
Mama - kosz grzybów.
Tata - kosz grzybów.
Ja - 3 grzyby i kleszcz.
Brat został w domu, więc nie czuję się największym przegranym.





A to już Bojary. Jeszcze kilka spacerów i będę miała materiału na najdłuższego posta w skromnej historii bloga, ha! Mam nadzieję, że będzie przynajmniej w połowie tak interesujący jak długi ;)
Obsługiwane przez usługę Blogger.