Migawki lipcowe

Lipiec zaczął się godnie - potańcówką na bojarskim podwórku. W końcu nadarzyła się okazja, by przywdziać koszulę/sukienkę i zgrabnie podrygiwać na parkiecie z palet (normalni ludzie) lub też przywdziać sukienkę i pstrykać foteczki czekając, aż się ściemni i dopiero wtedy niezgrabnie podrygiwać na parkiecie (ja). I całe szczęście, bo dzięki temu Poranny przyłapał mnie na robieniu zdjęć, a nie na udawaniu tańczącego do jazzu brokuła. Tak, to właśnie robiłam, kiedy się ściemniło.





Lato w Białymstoku? Poproszę! Dzieje się dużo, a nawet lepiej - dzieje się dużo za darmo.
W soboty BOK organizuje pod Forum kino plenerowe. Są krzesła, leżaki, maty - wszystko, czego cztery litery mogą zapragnąć. Ostatnio trafiłam na pokaz shortów, a w przyszłą sobotę będzie można obejrzeć biografię Yves Saint Laurenta. PO LE CAM.

Kolejną atrakcję zapewnia komunikacja miejska. W każdą niedzielę do końca sierpnia o 11 i 12 na plac Jana Pawła II podjeżdża autobus marki Jelcz zwany pieszczotliwie ogórkiem i obwozi wesołą gawiedź po mieście. W ogórku siedzi pani przewodnik i opowiada ciekawe rzeczy, przynajmniej tak przypuszczam. Nie mam pewności, bo w ferworze walki o miejscówkę zajęliśmy siedzenia na samym końcu autobusu i słyszeliśmy co piąte słowo - nie popełnijcie tego błędu!




Kolejne miłe zdarzenie - Ala wywiozła mnie do swojej pustelni na końcu świata. Jadłyśmy ciasto marchewkowe popijając je sokiem marchewkowym, dawka witaminy A przekroczyła pewnie tysiąc procent zapotrzebowania. Zbierałyśmy kwiatki i wyplatałyśmy wianki. No dobra, tylko Ala wyplatała, ja mam dwie lewe ręce i mogłam jedynie udokumentować proces tworzenia. Dorobiłam się też własnego portretu aka profilowego na fejsbunia. Kolejna próba modelingu za 3 lata, kiedy już zapomnę, jakie to męczące.

Swój ryjec wam daruję, popatrzcie drugi raz na Alicję, której fotografowanie to czysta przyjemność. Mam nadzieję, że nie zostanę zabita za wykorzystywanie wizerunku. Możecie wstawić się za mną w komentarzu i uratować mi życie, z góry dzięki.




Co to za lipiec bez wycieczki z prawdziwego zdarzenia? My z Wojtkiem postawiliśmy na Krynki. Nie wiem czy to jeszcze oryginalność czy już hipsteriada. Było zwiedzanie, był autostop, był Kasztelan za sklepem (wzorem tubylców). Zdjęć i anegdotek wystarczy na obszerny post, więc póki co macie tu malwy i stay tuned!



Obsługiwane przez usługę Blogger.