Tatromajówka vol. 2


Od majówki upłynął niecały miesiąc, a mam wrażenie, że minęło ich już kilka. Wniosek: nie da rady nacieszyć się górami na zapas, ledwo wracasz i już tęsknisz. A później się człowiek na podbiegach cieszy, bo zawsze to jakaś forma wtaczania się pod górkę ;)


Drugiego czy może trzeciego dnia miałyśmy problem z odnalezieniem się na mapie. Nieczęsto zdarza mi się prosić o pomoc, ale jak już proszę, to trafiam na ciekawych pomocników. Spotkałyśmy na szlaku jakiegoś mężczyznę, który wyglądał jak stary górski wyjadacz. Zaczepiony przedstawił się jako pan Dariusz, pomógł z mapą (ojoj, co za nieczytelna mapa - czyli nie ja jestem ułomna tylko mapa, ha!) i od razu zaproponował, żebyśmy szli razem. Ain't say no, szykowała się ciekawa kompania. Dariusz (a właściwie pan Dariusz, bo mimo nalegań bez "pan" nie umiałam) jeździ w góry rok w rok od czasów młodości, czyli celnie sklasyfikowałam go jako górskiego wyjadacza. Przez kilka godzin marszu opowiadał nam o swoich tatrzańskich wspomnieniach, służył radą i hamował zapędy (Kasia ostrożniej, bo zęby pogubisz). Czasem dobrze jest zagadać do nieznajomego!


Na Kopieńcu spotkałyśmy z kolei panią, która poprosiła sfotografowanie jej na tle gór. Ustawiłam ją w odpowiednim miejscu, przymierzyłam się do zdjęcia, a pani... zrobiła jaskółkę. Okazało się, że też od kilkunastu lat jeździ w góry i na każdym szczycie robi jaskółkę do zdjęcia :D




Najgorszą widoczność i paradoksalnie najładniejsze widoki miałyśmy ostatniego dnia, trzecia porcja tatrzańskich obrazków niebawem!
Obsługiwane przez usługę Blogger.