Urodziny w Rzymie

Odkąd studiuję, moje urodziny wypadają w samym środku ferii zimowych, więc mogę w tym czasie zaplanować sobie coś szczególnie fajnego. A raczej mogłabym, gdybym pamiętała o takiej błahostce jak własne urodziny ;)
W grudniu kupiłyśmy bilety lotnicze, a ja po trzech dniach zorientowałam się, że spędzę urodziny w Rzymie. To trochę jak zrobienie niespodzianki samej sobie, naprawdę się zdziwiłam!

Na dzień urodzin zaplanowaliśmy najwięcej typowych atrakcji. Na początek Koloseum, Palatyn i Forum Romanum. Bilet wstępu do tych trzech miejsc kosztuje 7 €. Oczywiście wszystko można sobie obejrzeć za darmo z zewnątrz, ale zdecydowanie polecam wyskoczyć z tych kilku euro. Wystarczy odrobina wyobraźni i to będą najlepiej wydane pieniądze w Rzymie. Ja byłam zachwycona, w końcu nie codziennie ma się historię starożytną na wyciągnięcie ręki.


Tyle widać z tarasu. Nie chcecie na tym poprzestać, chcecie wejść do środka :)


Jedyne do czego można się przyczepić to kolejka do Koloseum. Wepchnęliśmy się bezczelnie gdzieś w środek (Matteo powiedział, że Rzymianie nie stoją w kolejkach do swoich zabytków ;), a resztę oczekiwania umililiśmy sobie grając w szarady.








A tutaj już Palatyn i widoczki stamtąd.



Na placu Largo di Torre Argentina znajduje się schronisko dla kotów w ruinach. Nie można tam wejść, więc tylko pomizialiśmy koty przez siatkę i poszliśmy jeść. Miałam w planach jakieś panini, ale zmieniłam zdanie po zobaczeniu kanapki z węglem. W środku miała bakłażana i ser, pycha!



Kolejnym must-see był widok na kopułę katedry św. Piotra przez dziurkę od klucza. Sławna dziurka znajduje się w drzwiach prowadzących na Piazza Cavalieri di Malta i zwykle ustawia się do niej kolejka ;)


Obok znajduje się ogród pomarańczowy, z którego roztacza się całkiem niezły widok!




Matteo i Daniele przekonali nas, że śpiewać publicznie można (przynajmniej w Rzymie) bez zażenowania. Zmierzchało, a my chodziliśmy po niemal pustych uliczkach i śpiewaliśmy na pięć głosów All you need is love, a każdy fałszował po swojemu. To jedno z moich ulubionych wspomnień. Później zaintonowałyśmy „naszą” Grażkę, ale nie udało nam się przetłumaczyć tekstu Włochom tak, by brzmiał zabawnie jak oryginał.

Przed kolacją siedzieliśmy na Piazza del'Immacolata (który podobno jest miejscem spotkań lokalnych rastamanów). Urządziliśmy sobie bitwę na języki. Najpierw my mówiłyśmy coś po polsku, a chłopcy z trudem to powtarzali, a potem oni mówili coś po włosku, a my powtarzałyśmy po nich niemal idealnie ;) Do kompletu napatoczył się też pan obnośny sprzedawca, który próbował wcisnąć nam masażery. Matteo ulegl namowom (nie wiem, jak można być tak nieasertywnym :D) i kupił nam wszystkim po mulinowej bransoletce, żebyśmy pamiętali ten wieczór. Tak wiem, cukrzycy można dostać od nadmiaru słodyczy, ale taki był ten wyjazd, 4 dniowe la dolce vita.

Na kolację poszliśmy do pizzerii Mamaro na Via dei Sabelli 26a. Tak mi smakowało, że do cały czas noszę wizytówkę w portfelu. Wieczór jednogłośnie wygrała pizza radicchio e gorgonzola, ale właściwie każda z próbowanych była godna polecenia.


Nie mam zdjęć pizzy, bo konsumpcja zbyt mnie pochłonęła, ale mam zdjęcie pana od pizzy ;)

Później wróciliśmy do domu Matteo, gdzie czekało na nas więcej włoskich ziomków. Najpierw graliśmy w karty, a później urządziliśmy sobie improwizację. Chłopaki od kilku lat grają w teatrze, więc dla nich było to coś normalnego. Ja z kolei nie mogłam uwierzyć, że jak gdyby nigdy nic siedzę przy stole z ludźmi, których znam od kilku dni, a traktuję jak starych kumpli i gadamy o jakichś zwłokach, które znaleźliśmy na plaży, a w kolejnej improwizacji krzyczę na kogoś, bo udaję złą matkę. Kosmos!

Jeszcze nie wymyśliłam, jak spędzę kolejne urodziny, ale poprzeczka została podniesiona BARDZO wysoko :) 




Obsługiwane przez usługę Blogger.