O palmach

Palmy zajmują w moim sercu szczególne miejsce gdzieś pomiędzy drożdżówką z kruszonką a plecakiem z frędzlami, a więc w ścisłej czołówce. Możecie sobie wyobrazić, jak bardzo ekscytowało mnie zwykłe spacerowanie po Walencji i patrzenie się na palmy. Palmy, które sobie rosły JAK GDYBY NIGDY NIC ;) Nie wiem, ile czasu musiałabym tam mieszkać, żeby przestać się nimi tak zachwycać. Dużo.

Właśnie w Walencji przypadkiem poznałam dwóch zapalonych fotografów, Chorwata i Bośniaka. Wchodzili mi w upatrzony kadr, więc poprosiłam ich o przesunięcie. Tak zaczęliśmy rozmowę o robieniu zdjęć w podróży i o tym,  że czasem nie wypada czegoś nie sfotografować, chociaż wcale nie ma się na to ochoty. W przypadku naszej trójki tak własnie było z budynkiem oceanarium. Dwa zdjęcia i koniec, bo nie cieszy, nie inspiruje.

Co innego palmy! Jeśli uznamy, że ilość zdjęć jest wprost proporcjonalna do zachwytu danym obiektem, to wyjazd do Walencji wygrały właśnie palmy.


Ten dzień pamiętam doskonale, to był chyba 30 grudnia. Miałam na sobie koszulę z krótkim rękawem i było mi za gorąco. Pierwsze opalanie zimą zaliczone!





Ta urocza Hiszpanka pozuje do zdjęcia, by podkreślić rozmiar palmy. Jeśli posiadam jakieś super moce, to jedną z nich prawdopodobnie jest dogadywanie się z dziećmi.


Capa na tle Ogrodów Turii. W 1957 roku rzeka Turia zalała Walencję, a w czasie powodzi zginęło kilkadziesiąt osób. Hiszpanie zmienili bieg rzeki tak, by oddalić ją od centrum, a w suchym korycie zasadzili ogrody. Więcej na ten temat możecie przeczytać tutaj.




Tak wyglądała nasza tymczasowa dzielnia (Xirivella pod Walencją). Wszystko jest pozamykane, bo zdjęcie zrobiłam w Nowy Rok, ale na co dzień czuć było przyjemny klimat małego miasteczka.
Obsługiwane przez usługę Blogger.