Norwegia dzień pierwszy, czyli dziewczyny w czepkach urodzone

W sobotę rano wyleciałyśmy z Anią z Warszawy nie do końca wiedząc, co nas czeka. Na CS dogadałam się z chłopakiem, który nie miał żadnego zdjęcia ani referencji, ale owe braki rekompensował awatarem przedstawiającym... drapiącego się po głowie niedźwiedzia. Poza ty, że pretendował do bycia naczelnym norweskim pedoberem, był bardzo rozmowny i miły. Nawet do głowy mi nie przyszło, że może być z nim coś nie tak i dopiero na krótko przed wyjazdem zaczęłam się stresować obawami mojej mamy (piwnice, gwałty i te sprawy).
Na lotnisku w Stavanger spędziłyśmy około godziny, ponieważ nasz host zaoferował podwózkę, ale wypadło mu nagłe spotkanie z szefem. Kiedy wreszcie się poznaliśmy, wszystkie nasze obawy zniknęły w jednej chwili.Thomas okazał się przesympatycznym człowiekiem, którego aż wstyd podejrzewać o jakiekolwiek niecne zamiary. Wytłumaczył, że pracuje w Norwegii jako żeglarz brytyjskiej marynarki, dlatego dostał duży dom w Stavanger. Nie chcąc marnować przestrzeni (i chyba trochę się nudząc) założył konto na CS, a my byłyśmy jego pierwszymi gośćmi. W ramach przeprosin za spóźnienie Tom zaprosił nas na obiad, a po drodze zawiózł na wzgórze, z którego roztacza się widok na miasto oraz pod osławione 3 miecze, tzw. Sverd i fjell. 


Dom Thomasa okazał się ogromny, spokojnie mogłaby tam mieszkać duża rodzina. Dostałyśmy do dyspozycji dwuosobowy pokój z oddzielną łazienką. W niemałe zakłopotanie wprawiły nas... prezenty. Host na dzień dobry obdarował nas kuflami z rysunkami wikingów. Wyobrażacie to sobie? Przemiły koleś zgarnął nas z lotniska, zakwaterował w niemal hotelowym apartamenciku i jeszcze ot tak obdarował nas kuflami. Szaleństwo, a w dodatku zaburza koncepcję karmy ;) niczym sobie nie zasłużyłyśmy na tyle dobra. SPOJLER: w kolejnych odcinkach norweskiej telenoweli dowiecie się, że dobra doświadczymy jeszcze więcej!

Po rozpakowaniu pojechałyśmy z Tomem na obiad, a potem rozpoczęłyśmy zwiedzanie na własną rękę. Tuż pod starą katedrą odbywał się tęczowy happening. Wzięłyśmy udział w teście wiedzy na temat HIV, za 100% poprawnych odpowiedzi sympatyczna Norweżka obiecała nam niespodziankę, Niestety przyniosłyśmy hańbę naszej uczelni ;) i nie uzyskałyśmy maksymalnych wyników. Nici z geszenków, ale na pocieszenie dostałyśmy ulotki na temat czatu dla osób, które mają problemy z własną orientacją seksualną i zapewnienie, że po angielsku też możemy się wyżalić. Tak się kończy spacerowanie z przyjaciółką : D

Okrężną drogą przez Starbucksa (największe americano 39 NOK, jeśliście ciekawi) dotarłyśmy do najstarszej części miasta, Gamle Stavanger, na którą składają się bielutkie domki przystrojone kwiatami i innymi cudami, np. obrażalskim kotem.











Później przeszłyśmy koło zakotwiczonego w porcie szczecińskiego Fryderyka Chopina, by dla odmiany eksplorować kolorową zabudowę. Biała część bardziej podobała mi się wizualnie, ale miała muzealny klimat, natomiast barwne domki tętniły kawiarnianym życiem.










Nie zwracałam uwagi na nazwy ulic, ale schodząc w dół drogą przy kolorowych domkach wychodzi się na plac zabaw zbudowany z poddanych recyklingowi elementów służących kiedyś do wydobycia ropy. Możecie go znaleźć lokalizując Muzeum Ropy Naftowej, które znajduje się tuż obok. To pozycja OBOWIĄZKOWA! (oczywiście plac zabaw, nie muzeum ;)






Jestem spełniona, mam zdjęcie z minionkiem!

Spacerując dalej i śmiejąc się z naszych infantylnych upodobań trafiłyśmy prosto na slack line, czyli taśmę rozciągniętą jakieś 30 cm nad ziemią. Nie zważając na przechodniów, popędziłam spróbować swoich sił. Pierwsze kilka razy szło mi tragicznie, kolejne kilka zresztą też. Ludzie się patrzą? Żaden problem, przecież właśnie przesunęłam się o 4 kroki i muszę zapiszczeć z radości! Ania podzielała mój entuzjazm, dlatego szybko opracowałyśmy plan idealny - zaczynałyśmy z dwóch stron, spotykając się na środku i przybijając sobie piątki, Radość jest zaraźliwa, już po chwili dołączyło do nas kilku ludzi. Win win, rozruszałyśmy Norwegów!

Miałyśmy niemały problem z odnalezieniem przystanku, z którego odjeżdżał autobus do domu Toma. Kiedy już do niego wsiadłyśmy, spotkała nas miła niespodzianka. Kierowca usłyszawszy ojczysty język oznajmił, że "polskie dziewczyny jadą za darmo". Nie do końca fair, ale z radością skorzystałyśmy z okazji, a w portfelach zostało po 32 NOK. Umierałyśmy z głodu, więc Ania wyciągnęła z plecaka orzeszki. Musicie wiedzieć, że mam mniej więcej tyle gracji, co ork najniższej rangi, toteż już po chwili po podłodze przetoczyła się garść fistaszków w karmelu. Nie ma co, pięknie się odwdzięczyłam kierowcy!

W czasie obiadu Tom zapytał, co planujemy na kolację. Odparłyśmy, że mamy spory zapas kanapek z masłem orzechowych zrobionych jeszcze w Polsce i musimy je zjeść. "Whaaat? No way, not in my house!" wykrzyknął przerażony host. Powiedział, że gotowanie jest jego pasją i nikt nie będzie jadł starych kanapek, możemy je co najwyżej oddać niedźwiedziom na szlaku ;) Kiedy wróciłyśmy do domu, Tom właśnie brał się za robienie kolacji. Usiadłyśmy na tarasie popijając herbatę, a gospodarz gawędził z nami od czasu do czasu znikając w kuchni.


Lukrowo idealny dzień zakończyłyśmy miską tajskiego jedzonka przygotowanego przez Toma. Najsmaczniej!
Obsługiwane przez usługę Blogger.