Norwegia dni trzeci i czwarty, czyli spacer przedszkolaków i kurtka zamiast bikini

"If Preikestolen would be a high school, Dalsnuten would be a preschool" powiedział Tom, kiedy pomagał nam zaplanować trasę. Tego dnia wypływał w rejs, dlatego tuż po śniadaniu miałyśmy się z nim pożegnać. Spakowałyśmy się i z sercami cięższymi od plecaków wyszłyśmy wciąż nie wierząc w szczęście, jakie nas spotkało w osobie gospodarza.
Ze Stavanger dojechałyśmy do Sandnes, a potem jeszcze kawałek dalej w pobliże parkingu w Gramstad. Na szczyt Dalsnuten prowadzą dwie drogi, my za radą Thomasa zdecydowałyśmy się za parkingiem skręcić w prawo, a zejść drugim szlakiem. Po drodze minęłyśmy dwa jeziorka i stado owiec, a pierwsza połowa trasy upłynęła nam lekko i przyjemnie. Rozwaliłyśmy się nawet na trawie, by poleżeć gapiąc się to na niebo, to na ludzi idących pod górę, którzy wyglądali jak małe kolorowe mróweczki.





Niemal połowa ludzi spotkanych na szlaku to biegacze, którzy trenowali wbiegając po kamienistym zboczu. Tym bardziej było nam głupio, gdy w czasie ostatecznego "ataku na szczyt" nieźle się napociłyśmy. Okazało się, że przy całym dobytku na plecach i do tego sporej porcji Brunosta kupionego już na powrót (Ania niosła w plecaku ponad 1,5 kg tego sera) przedszkole wśród szlaków nabiera nieco bardziej wymagającego charakteru ;)





Ze szczytu roztacza się piękny widok na pobliskie wzgórza, morze i Sandnes. W porównaniu z Preikestolen szlak był niemal pusty, a na szczycie przez większą część czasu byłyśmy tylko we dwie.




Schodząc spotykałyśmy dwóch chłopaków z Polski, którzy słysząc naszą rozmowę krzyknęli cześć i poszli dalej. Na parkingu zastałyśmy czerwony samochód z białostockimi (!) rejestracjami, Zastanawiałyśmy się, czy na nich nie zaczekać i nie poprosić o podwózkę do Sandnes, ale nie wiedziałyśmy, ile czasu zajmie im wspinaczka. Schodziłyśmy sobie jezdnią do głównej drogi, przy której chciałyśmy łapać stopa, gdy nagle zatrzymał się przy nas czerwony samochód. Byłam pewna, że to nasi białostoczanie, dlatego odruchowo odezwałam się do kierowcy po polsku. Pudło! W środku siedziała para Norwegów, którzy zapytali, czy chcemy podjechać z nimi do Sandnes. Pewnie, że chciałyśmy!

Pokręciłyśmy się trochę po miasteczku, zjadłyśmy kolację nad wodą i pojechałyśmy na lotnisko. Miałyśmy tam nocować, dlatego bardzo liczyłyśmy na kissing point. Ufff, 3 kanapy puste! Poleżałyśmy kilkanaście minut i bum, do naszego zakątka wtoczyła się grupa kilkunastu Polaków, wszyscy z zamiarem spania na lotnisku ;) Siedzieliśmy przez kilka godzin wymieniając wrażenia z podróży. Dwie dziewczyny - Ania i Ada - przez 2 tygodnie podróżowały śpiąc pod namiotem i łapiąc pierwsze w życiu stopy. W samolocie przypadkiem miałyśmy miejsca obok siebie, a po lądowaniu w Warszawie poszłyśmy razem na burgery do Krowarzywa. Do zobaczenia gdzieś w drodze, mam nadzieję!

Ostatniego dnia wstałyśmy po 5 i poszłyśmy na położoną w pobliżu lotniska Sola plażę. Pogoda była iście skandynawska, ale i tak cieszyłyśmy się, że przynajmniej nie ma wiatru ;) Zamiast iść piechotą na lotnisko, złapałyśmy stopa. Pierwszy nadjeżdżający samochód zatrzymał się, gdy tylko wystawiłam rękę. Znów szczęście!



Obsługiwane przez usługę Blogger.