Woodstock, Woodstoczek.

Zastanawiając się jak zacząć post o woodzie, wymyśliłam głupi przykład. Uprzedzam, BARDZO głupi. Otóż Woodstock jest jak wódka. Nie przekonasz się jak smakuje, zanim nie spróbujesz; żadne opowieści cię na ten smak nie przygotują, oboje mogą powodować dziwaczne skutki uboczne oraz mają zagorzałych fanów i zatwardziałych przeciwników. A, jeszcze jedno - i woodstock i wódka kiedyś się kończą.



Jako ekipa zupełnych świeżaków nie mieliśmy pojęcia, gdzie najlepiej rozbić namioty i zupełnym przypadkiem trafiliśmy na najlepsze miejsce na świecie w sąsiedztwie Akademii Sztuk Przepięknych. Z całego festiwalowego programu najbardziej zależało mi na spektaklu Teatru 6 piętro. Nie dość, że wystawiali Woody'ego Allena (Central Park West), to jedną z głównych ról grał Wojciech Wysocki. Przepadam za nim, od kiedy zobaczyłam go w Ożenku kilka lat temu. Niestety zrezygnował z pracy w białostockim Teatrze Dramatycznym, pozostaje mi więc wzdychanie do wilkowyjskiego doktora Wezóła i jego kultowego "Medycyna jest bezradna, no".
Spektakl był wystawiany o 2! w nocy, mimo to przyszło na niego około 8 tysięcy ludzi. Ach ci woodstokowicze, nic tylko by pili, żadnego zainteresowania kulturą ;)


Domowe melodie dały przecudowny koncert, niestety pokrywały się z Anią Rusowicz, której słuchałam tylko od połowy koncertu. Chciałam pójść też na Melę Koteluk, ale pomyliłam sceny i wylądowaliśmy na Afro Celt Sound System. Nie dość, że chłopaki fajnie grali, to jeszcze poznałam członków irlandzkiego zespołu tańca i trochę mnie poduczyli, opłaciło się pominąć Melę!


Jeśli kiedykolwiek będziecie się wahać czy jechać, jechać! Jechać, dobrze się bawić, nie wylewać za kołnierz, korzystać z oferty ASP i przybijać piąteczki z fajnymi ludźmi!


Obsługiwane przez usługę Blogger.