Kölner Dom

Z Düsseldorfu, w którym mieszkałyśmy, do Kolonii było na tyle blisko, że jedno popołudnie przeznaczyłyśmy na dotarcie do kolońskiej katedry. Pamiętałam ją z podręcznika od niemieckiego i wiedziałam tylko tyle, że jest wizytówką Kolonii. Nie spodziewałam się niczego specjalnego, a już na pewno nie tego, że zrobi na mnie tak ogromne wrażenie. Dopiero na miejscu dowiedziałam się, że świątynię zaczęto budować w 1248 roku, czyli 766 lat temu! Na pierwszy rzut oka katedra wyglądała dość dziwnie wciśnięta w środek nowoczesnego miasta. Miałam wrażenie, jakby wyrosła wprost z chodnika. 

Katedra jest nieustannie odrestaurowywana - szkodzą jej przede wszystkim spaliny i kwaśne deszcze. Szare zabarwienie to właśnie efekt zanieczyszczeń.


Zarówno na zewnątrz jak i wewnątrz kościoła było bardzo tłoczno. Na szczęście udało mi się znaleźć z boku kaplicę, która była niemal pusta. Nieliczne osoby podchodziły, by pomodlić się lub zapalić świeczkę, a ja w siedziałam i cieszyłam się niesamowitą atmosferą w spokoju (prawie w spokoju, dwa razy japońscy turyści zrobili mi zdjęcia ;).


Wieża katedry ma 157 metrów. Do pokonania są 533 schodki, co nie jest takie łatwe, bo ludzie jednocześnie wchodzą i schodzą, a jest dość ciasno. 



Wyżej się nie dało ;)




Na wystawie sklepu między aparatami fotograficznymi stały lalki z masy papierowej, a na trawniku leżała... głowa.



Oczywiście Capa był ze mną :) 

Obsługiwane przez usługę Blogger.